Polecany post

Jak rzucić samookaleczanie?

Ponad trzy miesiące minęły od mojego ostatniego zetknięcia z żyletką. Po opublikowanym wczoraj poście na Instagramie na ten temat dostałam jeszcze więcej pytań i próśb o rady, jak sobie z tym problemem poradzić.



Zanim przejdę do głównego tematu, na chwilę cofnijmy się parę lat wstecz. Pamiętasz te czasy, gdy w Internecie zaczęły pojawiać się zdjęcia pociętych części ciała i depresyjne cytaty, pisane przez nastolatki? Pewnie było to obiektem żartów osób z Twojej klasy, może i ty się śmiałeś/aś. Ja sama zastanawiałam się, jakie problemy muszą mieć trzynastolatki, żeby grozić własnym samobójstwem. Jedynka ze sprawdzianu z przyrody? Zerwanie z chłopakiem po dwóch dniach poważnego związku? Moje podejście zmieniło się, dopiero gdy sama zaczęłam mieć problemy.

Gdy depresja pojawiła się także u mnie, życie zaczęło mnie przytłaczać do tego stopnia, że także przestałam radzić sobie ze swoimi emocjami. Zanim zdiagnozowano u mnie chorobę, nikt o tym nie wiedział i byłam źle traktowana przez wszystkich dookoła. Krzywdziłam ich swoim zachowaniem, niektóre objawy depresji są niestety krzywdzące i zdaję sobie sprawę z tego, jak wielką przykrość sprawiałam swoim najbliższym zupełnie nieświadomie. Jednak ja także nie miałam łatwo. Każdego dnia traciłam siły i chęci do życia. Przygniatały mnie problemy ze szkołą (nie chodziłam do niej), problemy z nauką (przez całe gimnazjum nie uczyłam się w ogóle, dlatego teraz mam, niestety, spore braki, które nadrabiam), problemy w rodzinie i w relacjach z najbliższymi. Pamiętam dzień, gdy nie wytrzymałam. Od tamtego czasu żyletkę nosiłam ze sobą wszędzie i dzięki temu czułam się "bezpiecznie". Zawsze, gdy gorzej się poczułam, miałam ją przy sobie i pomagało mi to- sama świadomość tego, że cokolwiek by się nie działo, mogę sobie "ulżyć". Emocje, jakie mi wtedy towarzyszyły były skrajnie różne. Czułam natłok myśli, wyrzuty sumienia i niesamowity ból fizyczny i psychiczny, przy jednoczesnym uczuciu spadającego z serca kamienia i wyładowaniu emocji.



Czułam się strasznie, że muszę to robić. Tak, muszę. Po pewnym czasie zauważyłam, że jest to dla mnie jedyne wyjście z fatalnego samopoczucia i się uzależniłam. Do tego stopnia, że nawet gdy miałam "dobry dzień" jak na ciężką depresję, brakowało mi tego i zdarzało się, że prosiłam mamę, by siedziała przy mnie, dopóki nie zasnę. Bałam się, że nie wytrzymam presji i znów sobie to zrobię. Skoro prosiłam o pomoc, znaczy, że jej oczekiwałam- to wcale nie było tak, że chciałam tkwić w tym bagnie już do końca. Bałam się przede wszystkim o to, że pewnego razu przesadzę. Nie chciałam zrobić sobie czegoś poważniejszego, niż po prostu zadać ból. Bywało niestety tak, że z powodu swojego uzależnienia nie mogłam spać w nocy, pomimo iż byłam pod wpływem leków. Nie potrafiłam zasnąć bez uczucia bólu. Zdarzało się nawet, że w środku nocy- około trzeciej, czwartej- zabierała mnie do szpitala karetka pogotowia, presja była na tyle silna, że ślady szwów na rękach zostaną ze mną prawdopodobnie na zawsze. Była złość, był płacz, ból, przeprosiny i obietnice, nie tylko z mojej strony, ale także moich najbliższych. Martwili się o mnie, a ja sprawiałam im tak ogromną krzywdę swoim zachowaniem. Niestety prawda jest taka, że nie miałam nad tym kontroli i mówię to jako osoba, która z samookaleczaniem nie ma już problemu i jest na etapie zdrowienia. Pomyślicie "czemu ona nie chciała się leczyć?". Otóż: leczyłam się. Bardzo długo. Brałam silne leki, najczęściej w maksymalnych dawkach, byłam pod stałą opieką psychiatry, psychologa i psychoterapeuty.

Nie mów mi, że moje dzieci w przyszłości będą się wstydzić za swoją mamę. Nie mów mi, że mogłam sobie pomagać w mniej destrukcyjny sposób, bo nie mogłam. Tylko to wydawało się dla mnie rozwiązaniem. Nie mów mi, że blizny zostaną mi do końca życia, bo zdaję sobie z tego sprawę. Nie mów mi, że będę żałować, ponieważ w czasie, gdy miałam z tym największy problem, nie liczyło się dla mnie to, co będzie za parę lat. Nie chcę też słyszeć o zamiennych sposobach radzenia sobie z emocjami, bo one nie działają, trzymanie kostek lodu w dłoniach nie robi na mnie wrażenia, krzyk, darcie kartek papieru, walenie pięścią w poduszkę także nie. Nie mówi mi, że mogłam tego uniknąć ani że mogłam się powstrzymać. Najwyraźniej nie mogłam. Zaakceptujmy to. Po prostu.



Za tymi bliznami kryje się ciężka przeszłość, przepełniona przemocą, agresją, wyśmiewaniem, strachem, lękiem, bezsilnością, samotnością i brakiem zaufania. Dwunastoletnia dziewczynka na pewno nie powinna martwić się o to, czy wróci ze szkoły cała, czy ktoś zauważy siniaki, czy ktoś ją wyśmieje. Nie otrzymywałam wsparcia od nikogo, w pewnym momencie zwątpiłam w to, że na nie zasługuję i tłumiłam w sobie wszystkie emocje, które wyszły ze mnie dopiero po jakimś czasie. A jak już wyszły, to ze zdwojoną siłą. Lata ukrywania łez, strachu, bo przecież nie mogę tego okazywać! Wmawiano mi, że muszę być silna, że nie mogę się dawać. Mam ignorować wyzwiska i podstawianie nóg. Czy to jest właściwe rozwiązanie? Nie wydaje mi się. Uciekanie od problemu nigdy nie jest rozwiązaniem.

Po lepszym poznaniu mojej historii, co pomyślisz sobie, gdy w autobusie usiądzie obok Ciebie osoba z bliznami?



Odpowiadając na pytania, jak z tym skończyć- proponuję zacząć od małych kroczków, zapisywać swoje sukcesy i odtrącać myśli o zrobieniu sobie krzywdy. Wszyscy dobrze wiemy, że to nie będzie ten jeden ostatni raz, z każdym razem tylko pogłębiamy swoje (być może nawet) uzależnienie. Gdy czujesz silną presję i ochotę na zrobienie sobie czegoś, przede wszystkim poproś o pomoc. Sam/a możesz z tym nie wygrać, mimo że bardzo Ci tego życzę i trzymam kciuki. Wiem z własnego doświadczenia, jak bardzo jest to trudne. Powiedz o swoich zamiarach komuś bliskiemu- mamie, siostrze, koleżance czy koledze. Na pewno masz taką osobę, na której możesz polegać i która zrozumie Cię i przypilnuje w najgorszych chwilach. Będzie to dodatkowa motywacja, dobrze jest mieć osobę, dla której warto walczyć.


Julia

Komentarze

  1. Podziwiam za ten szczery tekst. To ogromny problem. Problem który przez wielu uznawany jest za fanaberie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej Julia,

    Problem, który poruszyłaś jest bardzo poważny i wstrząsający. Twoja historia daje dużo do myślenia i mogę wręcz stwierdzić, że powoduje chwilowy "czas stop". Nie rozumiem jednak wstawionych zdjęć między akapitami, które jak dla mnie krzyczą: patrzcie, jestem dumna z tego co sobie zrobilam! Blizny, które powstają świadomie, krzywdzenie siebie, nie powinno być eksponowane w tak radosny sposób. Może być zachętą dla tych, którzy chcą zacząć tego typu "przygodę". Pomyślą: " fajna dziewczyna, poradziła sobie, przestała. Dziś jednak jeszcze się trochę pokaleczę. O tutaj jeszcze nie mam blizny. "
    Fajnie, ze poradziłaś sobie z tym poważnym stanem. Wydajesz się być super dziewczyną, bardzo wrażliwą i silną. Tak trzymaj 😊
    Pozdrawiam
    Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygrałam z tym i post miał być motywujący, radosny, stąd takie a nie inne zdjęcia. Oczywiście że nie jestem dumna z tego co zrobiłam ale na pewno jestem dumna z tego, że wygrałam udało mi się wyjść z mojego największego uzależnienia. Trzymaj się kochana ❤️

      Usuń
  3. O rany...przeszłaś przez niezłe piekło...
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie pozostaje mi nic innego jak napisać, że jestem z Ciebie strasznie dumna! Nigdy nie miałam takiego problemu i zapewne nawet nie wyobrażam sobie co kryje się pod hasłem "depresja", a co dopiero znaczy uzależnienie od samookaleczenia... Ale dziewczyno! Dałaś radę! Oby tak dalej! Będę trzymać za Ciebie kciuki :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Niestety ciężko bardzo to rzucić, zawsze to do nas wraca

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Instagram